posiwiali od daremnych oczekiwań
ubrani w codzienność
trwają
łatając w pośpiechu dziurawe kieszenie
i sprzeczne wektory
Zanim
Róża
dałeś jej czerwoną róże
delikatną
jak pocałunek
Słowa
w ferworze codziennej gonitwy
na oślep rzucane słowa
rozpięte na suchych gałęziach
ujadają
jak psy na łańcuchu
Wschód słońca
przedświt
unosi kurtynę nocy
jasna zorza świtu
przedziera się przez konary drzew
Niedosyt
szuflady jeszcze niedomknięte
historia
uwiera pod powieką
i jak Syzyf w uporze na nadzieje
W płomieniu świec
jeden krok serca
nie nóg
i jak ćma
* * *
twoim szeptem
pozszywałam podartą ciszę
Szminka róż
to miała być podróż
po wszystkich kolorach tęczy
obłokami po niebie
krętymi ścieżkami na górę Bogów
Dzień
nadszedł cichutko
na palcach
przywołany hosanną
świergotem
Wiatr
wiatr strąca mimochodem
kartki z kalendarza
wiruje
pomiędzy konarami drzew
które widziały niejedną historię