Chwytam w dłonie
zapach lata
liczę krople deszczu
co wypełniają koryto po brzegi
Halina Rakowska
Która dała życie
chciałaby
w ramionach schować
ponure i złe światy
Pożegnanie lata
po bagnach nisko snuje się mgła
rozsypując perły rosy
na strunach babiego lata
wygrywa wrzosową rapsodię
W ferworze walki
byle jak, byle było
do jutra
w pokera nieustannie gra
kartami moralnych karłów
w śnieżnobiałych koszulach
imperium – mydlana bańka
w spoinie
z piaskową klepsydrą
Pod powieką
Nieodłączny cień
do rąk się łasi
liczy ziarnka piasku
rozrzucone przez wiatr
trwamy w symbiozie światła
wykrzyczanego buntu
a pod powieką
dopełnia się filozofia życia
Ty i ja
Odmieniane przez wszystkie przypadki
ubierane
w różnobarwne odcienie
Póki jeszcze
zamykam w dłoniach
przydługie cienie
nawijam
lewo i prawoskrętne zwoje
na kłębek pamięci
Światło w oknie
nie zabiorę wam buntu
z przepastnych kieszeni
Oddalenie
Oddalam się od pagórków zielonych
słomianych dachów
światła naftowej lampy
Litania
na dnie oka nikła nadzieja
w obrysie
wypłowiałego zarostu