okulary zaparowały od przyspieszonego oddechu
gdy po długiej podróży
każda płacząca wierzba
pochylony płot
mgły
znad goplańskich szuwarów
penetrowały podświadomość
powróciła przeszłość
odrzucona kiedyś
jak plik niepotrzebnych zdarzeń
by bez zbędnego balastu
pogonić za blichtrem
przeskakując jednym susem oceany
zmęczony ujarzmianiem definicji życia
idziesz
między szpalerami topól
płaskim jak stół rzepakowym łanem
w domu brzemienna cisza
wczorajszy dzień próchnieje pod podłogą
na progu przygasłe cienie
pod kuchennym blatem
wyziębiony popiół
tylko na poobijanych garnkach
ślady matczynych dłoni
czekają powrotu