w ferworze codziennej gonitwy
na oślep rzucane słowa
rozpięte na suchych gałęziach
ujadają
jak psy na łańcuchu
słowo za słowo
i przeciw słowu
z prawej strony
z lewej
z bliska i z daleka
rzucone w eter swoim echem żyją
pęcznieją
obrastają w piórka
i wracają
po powiece zroszonego oka
po podkowie ust zamkniętych w żalu