chciałaby
w ramionach schować
ponure i złe światy
Zza uchylonych na centymetr drzwi
Pożegnanie lata
po bagnach nisko snuje się mgła
rozsypując perły rosy
na strunach babiego lata
wygrywa wrzosową rapsodię
W ferworze walki
byle jak, byle było
do jutra
w pokera nieustannie gra
kartami moralnych karłów
w śnieżnobiałych koszulach
imperium – mydlana bańka
w spoinie
z piaskową klepsydrą
Pod powieką
Nieodłączny cień
do rąk się łasi
liczy ziarnka piasku
rozrzucone przez wiatr
trwamy w symbiozie światła
wykrzyczanego buntu
a pod powieką
dopełnia się filozofia życia
Ty i ja
Odmieniane przez wszystkie przypadki
ubierane
w różnobarwne odcienie
Litania
na dnie oka nikła nadzieja
w obrysie
wypłowiałego zarostu
Jesienny sen
właściwie wszystko jest tak samo
tylko drogi coraz dłuższe
zamglone obrazy
a sen jakby trochę spóźniony
Tango
oblicze nocy zmyły krople rosy
nastał
bezkompromisowy dzień
syzyfowy kamień
rozciągnął
dobę do granic